Święty spod ziemi

Kategoria: Historia ogólna Tyszowiec



Ferdek
2008-06-03, 20:31
Figurka Świętego Antoniego, patrona rzeczy zagubionych, przez kilkadziesiąt lat leżała zakopana w pobliżu kościelnej kapliczki w Tyszowcach. Odnalazł ją kościelny Antoni Kancir. Niestety, święty nie ma głowy. Kto zniszczył figurkę, dlaczego ją ukrył? Spróbowaliśmy rozwiązać tę zagadkę.

Antoni Kancir w poniedziałek przed Bożym Ciałem kosił trawę w pobliżu kościoła. Przy drewnianej kapliczce, którą opiekują się mieszkańcy Klątw zobaczył niewielkie wybrzuszenie ziemi.
- Pomyślałem, że pewnie korzenie lipy coś tam podniosły. Początkowo przypuszczałem, że to zwykła cegła – relacjonuje kościelny.
Zaczął rozgarniać ziemię. Zobaczył metalową tabliczkę znamionową. Był na niej napis „Z. Krynicki Warszawa ul. Podwale Nr 34”. O znalezisku powiadomił księdza proboszcza Grzegorza Chabrosa.
- Powiedziałem: Panie Antoni trzeba wziąć szpadel i kopać. Zobaczyć, co to jest – opowiada ks. Chabros.
Kościelny wydobył z ziemi ponad metrową figurkę świętego Antoniego, który na ręku trzyma dzieciątko.
Figurka odlana została z brązu lub innego stopu metali. W środku wypełniona jest gipsem. Zakopana była dosyć płytko.
- To znak, że komuś, kto ją zakopywał najwyraźniej się śpieszyło. Ciężka jest. Jedna osoba nie dałaby rady jej tu przynieść. Musiało ich być dwóch, a może mieli i furmankę – domyśla się kościelny Kancir. Uważa, że pewnie byli to ludzie bogobojni. Tym tłumaczy fakt, że zakopali figurkę w pobliżu kościoła.
Zarówno święty Antoni jak i dzieciątko, które trzyma na ręku, nie mają głów, ani prawych dłoni. Zdaniem kościelnego nie przypadkowo. Ktoś je utrącił. Kto? Kościelny nie wie. Jego zdaniem figurka była niegdyś w kapliczce, która stoi kilkaset metrów dalej, na polu, za cegielnią, przy drodze w kierunku Łaszczowa. Teraz jest tam inna figurka. Z napisu wykutego na drucianym ogrodzeniu można wyczytać, że kapliczka powstała w 1934 r. a w 1993 roku „Adam Kołodziej odnowił. Zrobił płotyk”.
To przy tej polnej kapliczce błagalne prośby składają mieszkańcy, którym przytrafiło się nieszczęście i zgubili jakąś rzecz. Dzięki wstawiennictwu św. Antoniego wielu odzyskało zgubę. Niektórzy, skradzione przedmioty.
Kilka lat temu, podczas prac polowych obrączka zapodziała się młodemu rolnikowi z Tyszowiec. Oboje z żoną szukali jej kilka dni. W końcu poprosili o pomoc znajomego, który miał wykrywacz metali. Sprawdził pole urządzeniem metr po metrze. Także bez rezultatu. W końcu ciotka powiedziała młodym: „Weźcie świeże kwiaty i zanieście do Antoniego. Proście go o odnalezienie zguby”. Rok później, wiosną, obrączka się znalazła.
O innym przypadku opowiada 77-letnia mieszkanka Majdanu, która posiada pole niedaleko kapliczki.
- Mąż zgubił kiedyś na polu podczas orki zegarek. Modliłam się do świętego Antoniego. Po żniwach zegarek się znalazł. Tylko pasek trzeba było zmienić – wspomina kobieta.
Ks. Władysław Zakrzewski, tyszowianin z pochodzenia, wielokrotnie przekonał się, że za wstawiennictwem św. Antoniego można odzyskać rzeczy zarówno zgubione jak i skradzione. Podkreśla jednak, ze święty jest „bardzo interesowny”. Pomaga tym, którzy dadzą ofiarę.
- Musi być ona przeznaczona na konkretny cel społeczny, najlepiej dla osoby biednej. Sam tak wiele razy praktykowałem i to się sprawdza. Święty to nie tylko patron rzeczy zagubionych, ale i ludzi – mówi 78-letni ks. Zakrzewski. Właśnie prosi świętego o nawrócenie ze złej drogi złodzieja (lub złodziei), który z jego parafii skradł 13 figurkę drogi krzyżowej. Boleje, że lud teraz żadnej świętości nie uszanuje.

Dar Maliszewskiej
Być może to właśnie jako votum za odnalezienie kogoś lub czegoś, powstała przed wiekami, przy wjeździe do Tyszowiec kapliczka świętego Antoniego. Sędziwi mieszkańcy miasteczka opowiadają, że do początku lat 30 ubiegłego stulecia stała tam drewniana, kryta gontem kapliczka. Otoczona była krzakami dzikiego bzu. W niej znajdowała się drewniana figurka świętego Antoniego. Potem, w latach trzydziestych ktoś ją zniszczył.
Nikodem Dziubiński (l. 89) słyszał, że byli to pijani chłopi, którzy wracali ze środowego targu w Tyszowcach. Sprawców dewastacji nigdy nie ukarano.
- Ksiądz Jan Szymanek zaapelował, by zamożni mieszkańcy Tyszowiec odnowili kapliczkę. Zrobiła to ciotka mojej żony Rozalia Maliszewska. Potem z ambony, na mszy, ksiądz dziękował jej za ofiarność – wspomina sędziwy Dziubiński.
Rozalia Maliszewska (1879 - 1952) była już wtedy osobą majętną. Jej ojciec Zachariasz zwany „Harko” był felczerem (chirurgiem wojskowym bez wykształcenia lekarskiego) w carskiej armii. Zastępował lekarza także w cywilu, nastawiając zwichnięte ścięgna i wycinając różne zrosty, a jak trzeba było, odbierał porody. W Tyszowcach był osobą poważaną.
Bracia Rozalii - Piotr i Jan - jeszcze przed pierwszą wojną światową wyjechali do Ameryki, gdzie założyli firmę produkującą błotniki do samochodów Forda. Rozalia zwana w rodzinie „Rózią” także wyjechała za „Wielką Wodę”. Przez kilka lat pomagała braciom w biznesie. Do Polski przywiozła sporo, jak na tamten czas, gotówki. Kupiła za to plac w Warszawie z drewnianym dwupiętrowym domem. Planowała postawić też kamienicę. Pieniądze ulokowała w banku.
- Miała na książeczce 170 tys. złotych. Kamienicy nigdy nie wybudowała, bo wybuchła wojna. Potem brała udział w powstaniu warszawskim i siedziała w niemieckim obozie – wspomina Nikodem Dziubiński.
Sędziwi Tyszowianie pamiętają, że Rozalia była bardzo religijna. Kiedy przyjeżdżała do Tyszowiec wspomagała finansowo Akcję Katolicką i Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. To właśnie Rozalia Maliszewska zadeklarowała, że ufunduje kapliczkę i nową figurkę. Na jej zlecenie kapliczkę wymurował miejscowy mistrz murarski Paweł Węgrzynowicz. Figurkę św. Antoniego zamówiła zaś w renomowanej pracowni Krynickiego na stołecznym Podwalu. Przywiozła ją koleją z Warszawy do Werbkowic, potem do Tuczap, a stamtąd furmanką do Tyszowiec.
- Mama nie raz pytała ciotkę, czy nie można było zamówić figurki gdzieś bliżej na przykład w Zamościu. Czy na miejscu nie było odpowiednich rzemieślników? Ciotka tylko wzruszała ramionami – opowiada Leszek Dziubinski (l. 63).
Kapliczka powstała w 1934 r. Do dziś na jej wewnętrznej ścianie zachował się fragment napisanej niewprawną ręką inskrypcji: „1934 r. Fundowała Rozalja Maliszewska na polu Juliana Kalmuka”.

Ofiara niepokoju
Prawdopodobnie w 1938 roku święty Antoni został ponownie uszkodzony. Był to czas, gdy między katolikami, a prawosławnymi zasiano ziarna nienawiści. Ktoś postanowił, że Rzeczpospolita będzie krajem jednego wyznania, jednego narodu, jednego ducha. Zaczęto prawosławnych siłą nawracać na wiarę katolicką.
Z „Biuletynu informacyjnego o sytuacji wyznaniowej na terenie województwa lubelskiego w latach 1938-39”: pod datą 12 kwietnia 1939 r. zapisano: „Ludność prawosławna do akcji rewindykacyjnej odnosi się wrogo, jednak nastąpiło przesilenie i terenu gminy Tyszowce przeszło na katolicyzm 1490 osób”. Pozornie. Na pokaz. Niektórzy przystępowali do komunii świętej, a kiedy wychodzili z kościoła komunię wypluwali. Sędziwi mieszkańcy Tyszowiec mogą opowiedzieć wiele takich przypadków.
- To była niemiecka robota, aby poróżnić społeczeństwo – mówi z przekonaniem Maria Jakubiak (urodzona w 1922 r.).
Rok wcześniej na Dębinie, Zamłyniu i Klątwach zburzono unickie cerkwie. Wyrwano z ziemi kilka prawosławnych krzyży. „Lotne drużyny” złożone z legionistów, Krakusów, nierzadko członków związku strzeleckiego jeździły po okolicznych wioskach bić szyby i rozwalać piece w chałupach prawosławnych chłopów. Rozdzierano im pierzyny, a do mąki dolewano nafty. Bywało, że dochodziło do rękoczynów. Prawosławni nie pozostali dłużni. Niszczyli katolickie krzyże i kapliczki, truli psy katolickim gospodarzom.
Józef Wołoszyn (l. 80), który przed wojną mieszkał obok kościoła (obecnie w Szczecinie) pamięta, że to właśnie wtedy sprofanowano także figurkę św. Antoniego. Było to dzień po tym, jak na Dębinie i w Tyszowcach zniszczono prawosławne krzyże Świątka znaleziono parę tygodni później kilka kilometrów dalej pod mostem, w niewielkim rowie między kolonią Mikulin, a Dobużkiem. Był zniszczony. Miał urwaną głowę.
- To było na wiosnę. Figurka leżała w wodzie pod mostkiem. Zaczęła tamować przepust wody. Ktoś postanowił udrożnić przepust i znalazł korpus świętego Antoniego, bez głowy i rąk, połamany. Ówczesny proboszcz ksiądz Edward Kołszut w porozumieniu z miejscową Akcją Katolicką oczyścił, zasklepił figurkę i zakopano ją na cmentarzu przykościelnym pod jedną z kapliczek. Zrobiono to w tajemnicy, aby nacjonaliści ukraińscy nie dowiedzieli się o tym – relacjonuje Józef Wołoszyn
Wtedy też za środki parafialne kupiono nową figurkę. Kowal Jakub Wołoszyn zrobił metalowe zbrojenie, które zamontował w kapliczce i na tę konstrukcję nałożono nową figurkę św. Antoniego, którą dodatkowo wzmocniono cementem.
- Chodziło o to, aby nikt jej znowu nie zniszczył – wspomina Józef Wołoszyn
Ta gipsowa figurka zachowała się do tej pory. Widać ją też na fotografii z czasów wojny. Od tej odnalezionej przez kościelnego Kancira różni się kilkoma elementami. Na przykład: gipsowy świątek trzyma w jednej ręce kwiaty, w drugiej książkę, na której siedzi dzieciątko.
Inna wersja, jest taka, że być może świątka uszkodził zwykły złodziej wykorzystując waśnie religijne. Rozalia Maliszewska była starą panną, osobą majętną i jednocześnie nadzwyczaj oszczędną. Kiedy pytano ją, co zrobiła z dolarami, które przywiozła z Ameryki, powtarzała przekornie: „Ukryłam ją w takim miejscu, że nikt ich nie odnajdzie”. Święty Antoni to patron rzeczy odnalezionych. Być może ktoś zaczął „coś” kojarzyć i dobrał się do świątka, aby znaleźć ukryte tam rzekomo złoto (na figurce widać wyraźną rysę po przecięciu).

Wiele tajemnic
Leszek Dziubiński jest jednak przekonany, że świątek zniknął jeszcze raz w latach 50.
- Zawsze w maju ciotka Rózia wysyłała mnie i moją siostrę cioteczną Wiesię Maliszewską abyśmy zanosili świeże lilie do świętego Antoniego. Naprzeciwko mieliśmy też pole. Kapliczka służyła nam za schronienie od deszczu i słońca, tam w cieniu trzymaliśmy kankę z kawą. Któregoś razu figurka znikła – wspomina Leszek Dziubiński. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Potem figurka odnalazła się i zamontowano ją na nowo. Po cichu mówiono, że być może figurkę Antoniego sprofanowali funkcjonariusze SB, w ramach akcji oczyszczania poboczy dróg z symboli kultu religijnego.
Mniej więcej w tym samym czasie w Tyszowcach i okolicy uszkodzono kilka przydrożnych kapliczek. Ich porządkowaniem zajmowała się nieformalna komisja, która działała przy radzie parafialnej.
Kościelny Kancir jest przekonany, że ziemia wokół wybudowanej w latach 1865- 1870 świątyni skrywa jeszcze nie jedną tajemnicę. Do tej pory nie znaleziono także sygnaturki z ogromnego dzwonu kościelnego zarekwirowanego przez Niemców. Szukaną jej po wojnie wielokrotnie. Wykopano dół, tam gdzie rzekomo miała się znajdować. Kłuto ziemię drucianymi szpikulcami. Bezskutecznie. Na przykościelnym cmentarzu ukrywano w czasie okupacji broń i amunicję.
- Tu pewnie takich tajemnic jest więcej, ale na durno kościelnej ziemi nie ma sensu mieszać – zastrzega Antoni Kancir.


Podobne tematy: